niedziela, 16 lipca 2017

Rozdział drugi


Justin biegł, przemierzał kolejne metry wykonując długie kroki próbując jak najszybciej pokonać odległość pomiędzy mieszkaniem Franka, a dworcem. Zaciśniętymi dłońmi trzymał paski od niebieskiego, kwadratowego plecaka z czerwonym charakterystycznym logiem założonego na plecy. Podeszwy starych granatowych adidasów zawiązanych na dwa razy odbijały się od chodnika mijając przeszkody spotykane naprzeciw. Drogę którą biegł znał jak własną kieszeń, od przeszło trzech lat prawie codziennie zmierzał się z nią pobijając swoje własne rekordy.

Justin zostawał u swojego przyjaciela na noc nie zliczoną ilość razy, a ten nigdy nie miał nic przeciwko, sam często mu to proponował by nie wracał późnym wieczorem do domu. Pomimo tych wszystkich nocy obaj dobrze pamiętają (chociaż Justin trochę mniej i jakby przez mgłę) tą pierwszą. Gdy siedemnastoletni blondyn po raz pierwszy spróbował alkoholu, kupionego przez kuzyna jego dobrego znajomego w sklepie po drugiej stornie miasta, nie wiedział jeszcze gdzie kończy się umiar i być może do dziś jeszcze nie wie. Jedyne co wtedy wiedział było, że mama nie może zobaczyć go w takim stanie, a jego ostatnim ratunkiem jest Frank. Byli już wtedy bliskimi przyjaciółmi wiec kiedy zapukał do drzwi nie minęło kilka minut gdy znalazł się śpiący na kanapie stojącej pod ścianą w salonie, przykryty dwoma kocami. Justin pomimo składanych obietnic przez Brytyjczyka, że nie powie o tym jego rodzicom doskonale wiedział, że chwilkę po tym jak dopadł go mocny sen Frank zadzwonił do jego domu zapewniając panią Bieber o jego bezpieczeństwie.

Nigdy nie miał mu tego za złe, matka Justina przez to bardzo lubiła Franka, a sam Justin często wykorzystywał go jako przykrywkę na kolejne degustacje alkoholu z znajomymi, dzięki której nigdy nie widziała go pijanego. Czasami zdawał sobie sprawę, że gdy nawet skończy już dwadzieścia jeden lat , a alkohol stanie się legalny, nie będzie potrafił pokazać się jej pod jego wpływem.

Przekraczając próg drzwi dworca sprawdził dokładnie czy w wewnętrznej kieszeni na pewno schowany ma bilet przeznaczony na kilka podróży w który zainwestował kilka dni temu - był na miejscu. Czytając rozkład jazdy pociągów z ulotek rozdawanych przy kasach udał się w kierunku drugiego peronu. Pomimo wczesnej godziny ludzi było pełno, wchodzili do wagonów próbując się nie przepychać, co zbytnio nie wychodził. Wielu z nich zestresowanych spieszyło się do pracy jak właśnie robił to Justin.

Zmęczony przetarł dłonią oczy, zeskakując z ostatniego schodka gdy poczuł uderzenie w brzuch, a zaraz potem ujrzał chłopca próbującego zatrzymać równowagę w czym pomagała mu dziewczyna o długich brązowych włosach związanych w kucyka.

- Strasznie przepraszam, tyle razy już mówiłam by uważał - zaczęła mówić w stronę blondyna gdy ten uważnie się jej przyglądał.
- Nic się nie stało - kątem oka spojrzał na chłopca trzymającego przed nosem magazyn z Batmanem na okładce. Justin nie mógł uwierzyć jak bardzo dużo dzieci oraz nastolatków czytało oraz oglądało filmy o wyczynach zamaskowanego super bohatera którym tak naprawdę był Brucem Waynem.

- Następnym razem uważaj na siebie, byś nie wpadł w tarapaty jak on - kiwnął głową na obrazek złoczyńcy w szmacianym worku na głowie.
- Fan pozna fana? - dziewczyna pokręciła rozbawiona głową trzymając dłonie na ramionach małego czytelnika.
- Kiedyś - odpowiedział z uśmiechem - kiedy byłem mały cały czas je czytałem - mówił, co było kłamstwem. Justin przeczytał ich tylko kilka i to kilka miesięcy temu, dwa o Batmanem i Robinie, nic więcej. Moda na człowieka nietoperza nie pociągnęła go tak bardzo jak całą resztę chociaż potrafił wymienić głównych bohaterów z pamięci.
- Czyli niedawno?
- Ja tylko młodo wyglądam - uniósł dłonie w geście obroni. Osiemnastolatek nie wyglądał młodo, ani nie wyglądał staro. Był typowym Osiemnastolatkiem, często właśnie przez to bał się, że może go to zgubić udając kogoś innego.
- Jestem Todd - wyciągnął rękę na przywitanie.
- Jak Jason - chłopiec podnosił wzrok uważnie skupiając go na Justinie - jak Jason Todd, mamo jak Robin - uśmiechnął się od ucha do ucha , a Justin był pewny, że się polubią.
- Rachel - uścisnęła ją.

Odkąd zaczął żyć jako ktoś inny młody Bieber dzielił etap poznania ludzi na dwie fazy.

Faza pierwsza - kłamstwo tożsamości.
Wymyślać musiał dokładnie, nie mógł przesadzać ani używać zbytnio wyszukanych imion. Bo właśnie o nie chodziło. Imię, nazwisko i wiek. Te informacje musiały znaleźć się na dokumentach tożsamości oraz w jego pamięci, a było ich już naprawdę dużo.
Faza druga - kłamstwo osobowe.
Justin mógł być kimkolwiek, mógł być uczniem, studentem czy pracownikiem znanej zagranicznej firmy. Pochodzić z Stanów Zjednoczonych, Francji czy Bułgarii. Jego zainteresowaniami było wszystko o czym do tej pory nawet nie myślał. W dzień słuchał muzyki klasycznej w nocy zaś rockowych zespołów. Wszystko wybierał specjalnie z myślą o nowo poznanych przyjaciołach, starał się być dla nich perfekcyjny.

- Wiec przyjechałaś tu aż z Teksasu, na tydzień do ciotki za którą i tak zbytnio nie przepadasz? - mówił ze śmiechem idąc w stronę drugiego peronu.
- Nie tylko po to - odpowiedziała z takim samym rozbawieniem, mocno trzymając dziecko za rączkę. - Nigdy nie był w Nowym Jorku, chciałam mu trochę pokazać.
- Statua Wolności, Empire State Building, Times Square - wymieniał, wliczając na palcach.
- Jesteś stąd?
- Jeszcze kilka dni - wysunął dłonie do kieszeni kurtki. - Chce podróżować, zwiedzać świat, kto wie może za kilka miesięcy odwiedzę Teksasu.
- Dzwon, będę twoim przewodnikiem.
- Potrzebowałbym do tego twego numeru - spojrzał się na nią z uśmiechem.
- Podam Ci ale odbiorę dopiero gdy wrócę do domu - założyła dłonie na klatce piersiowej, i nie pozwalając mu odpowiedzieć dokończyła. - Co jeśli ja będę potrzebowała przewodnika tutaj?

Justin widząc pociąg zbliżający się peronu bez wahania podał numer Rachel uprzedzając, że odebrać możne jego przyjaciel dzielący z nim mieszkanie. Wsiadł do wagonu machając na pożegnanie.
Zadzwoni tego Justin był pewien, jeszcze nie wie kiedy ale na sto procent się odezwie.
W ciągu dwudziestu minutowej rozmowy Justin niewiele dowiedział się o brunetce z Teksasu ale miał zamiar to zmienić. W końcu był dwudziestopięcioletnim Toddem Linem.

Miejscem pracy Justina był sklep na rogu ulicy, nie był on w centrum wiec oprócz mieszkańców pobliskich bloków nie odwiedzało go więcej klientów ale blondynowi wcale to nie przeszkadzało. W spokój mógł ustawiać produkty na półkach nie przejmując się zagubionym kobietami, nie mogącym znaleźć proszków do prania dla białej odzieży, dziećmi biegającymi pomiędzy nogami czy wezwania go na kasę gdy brakło kasjerów. W białej koszulce z logiem sklepu oraz zielonym fartuchem z tym samym nadrukiem do samego po południa krzątał się po pomieszczeniu szukając jakiegokolwiek zajęcia. W przerwach śniadaniowych gdy siedział na drewnianym krześle z papierową torbą kanapek z masłem orzechowym wraz z resztą obsługi palącą papierosy słuchał zwierzeń matek opowiadających o dorastających dzieciach (chociaż miały dopiero dziesięć lat), niskich zarobkach czy o niepowodzeniach u mężczyzn.

On sam nigdy nie narzekał na niepowodzenie u płci przeciwnej, już w pierwszych klasach dziewczęta biegały za nim, a on owijał je sobie w około palca. Z czasem jednak przestał szukać tej jedynej (właściwie to przestał szukać już żadnej). Dziewczyny były zawsze tuż obok niego, nawet teraz młoda kasjerka zerkała na niego kątem oka Zawsze uważał, że woli tracić czas na coś innego niż kobiety.

- Kończysz za pięć minut - usłyszał za sobą głos przyjaciela. - Udało mi się przyjść idealnie - ciemno włosy mężczyzna w długim rozpiętym płaszczu przez który widoczny był czarny idealnie dopasowany golf pod samą szyję.

Justin odwrócił się opierając na drewnianej miotle którą do nie dawna zamiatał podłogę.
- Rzeczywiście - zerknął na zegar wiszący na ścianie tuż nad drzwiami wejściowymi.
- Dziś nie będę mógł długo zostać - Frank szedł za blondynem idącym w stronę pomieszczenia dla personelu. - Jutro o ósmej muszę być na uczelni - nie przejmując się zakazem dla klientów wszedł za nim, oparł się o próg zamkniętych drzwi i z rękoma założonymi na klatce piersiowej przyglądał się chłopcu zdejmującemu fartuch, a następnie firmową koszulkę.

Justin był szczupły chociaż nigdy nie gardził jedzeniem, jadł kiedy chciał i co chciał. Obce nie było mu też pożywienie z tanich, szybkich restauracji z tłustym frytkami i hamburgerami. Jessy oraz inne jego koleżanki przez wiele miesięcy nalegały by zdradził im swój sekret ale co może powiedzieć chłopiec biegnący z swojego mieszkania do mieszkania przyjaciela znajdującego się kilka kilometrów dalej.

Od kluczył metalową szafkę by wyciągnąć z niej szary sweter oraz kurtkę. Każdy z pracowników posiadał taką by chronić swoje rzeczy przed kradzieżą, chociaż i złodziej nie znalazłby tam nic cennego.

- Jeśli się pospieszymy, mama nie będzie musiała czekać z obiadem - ubrał sweter – uważa, że powinieneś przychodzić częściej.
- Nie chce robić jej niepotrzebnego problemu, i tak ma dużo na głowie - Frank podniósł z podłogi jego białą koszulkę i zaraz po złożeniu podał mu by schował do plecaka.
- Ona Cię lubi - założył plecak, i chowając dłonie do kieszeni kurtki opuścili budynek. - Nadal myśli ze jeśli jesteś daleko od domu to odpychasz się nie zdrowym jedzeniem.

Matka Justina poznała Brytyjczyka kilka dni po ich pierwszym spotkaniu gdy chłopiec oprowadzał go po mieście, a ona widząc swojego syna z starszym o pięć lat mężczyzną próbowała zachować spokój oraz nie dzwonić na policje. Na samym początku jej nastawienie w stosunku do niego nie było przyjazne tak jak do wszystkich jego przyjaciół. Z czasem jednak się to zmieniło, teraz był dla niej jak drugi syn.

- Wszystko w porządku? - szturchnął Justina w ramię gdy ten pomimo kolejnego przechodzonych metrów nie odezwał się ani słowem, a to on zawsze był tym którego usta nigdy się nie zamykały.

Frank czasami nie mógł uwierzyć, że tematy o których mówi się nie kończą, a mówił on o wszystkim. Mówił o odkryciach NASA, o nowym filmie Marlon Brando który pomimo wielu lat nadal jest przystojny, o tym, że ponoć za kilka lat ma powstać kolejna część Ojca Chrzestnego i razem się na niego wybiorą, czy fenomen Bonnie Tyler będzie trwać dłużej niż kilka piosenek, mówił słowa w innych językach.

Frank zawsze słuchał wszystkiego co ma mu do opowiedzenia, słuchał uważnie chociaż nie interesował się odkryciami kosmicznymi, od zawsze wolał Jacka Nicholsona i nigdy nie słyszał ani jednej piosenki Bonnie Tyler ale gdy Bieber skończył mówić, pytał o więcej bo gdy Justin mówił jego oczy świeciły, a był to najpiękniejsze światło jakie widział.

- Poznałem dziś dziewczynę - odpowiedział, cały czas patrząc przed siebie. - Myślę, że mnie lubi.
- Ty? - uniósł lekko zdziwiony brwi. - Justin Bieber?
- Oczywiście ze nie - odwrócił się w stronę ciemnowłosego mężczyzny.
- Dlaczego nie on?
- Justina by nie polubiła, Frank. On nie zasługuje na zainteresowanie - nacisnął dłonią na klamkę otwierającą metalową furtkę.

Dom w którym mieszkał był dwurodzinny, jedna połowa należała do jego matki, a druga do sąsiada z którym nigdy nie odbył dłuższej rozmowy i być może nigdy się taka nie wydarzy. Tylko kilka razy poprosił o szklankę cukru czy mąki - nic więcej.

Mężczyzna ten przeprowadził się tam dziesięć lat temu, Justin doskonale pamiętał ten dzień. Jako ośmiolatek siedział w piaskownicy która napełniona była do połowy żwirem, a w dłoniach trzymał plastikowe samochody i przyglądał się łysiejącemu panu w białym podkoszulku który na kilka minut wyszedł zapalić papierosa. Przyglądał mu się bez przerwy i zauważył, że on podobnie co chwile na niego zerka dopóki nie zgasił butem do połowy wypalonego papierosa. Potem zniknął w domu i nie wyszedł do wieczoru.

Otworzył drzwi wypuszczając pierwszego Franka, zaraz przy wejściu odwiesił kurtkę na wieszak oraz zdjął buty, jego przyjaciel postąpił tak samo. W pomieszczeniu unosił się zapach pieczonego kurczaka i ziemniaków oraz odgłosy rozstawionych talerzy na stole które zagłuszyła wiadomość Justin o powrocie z pracy. Pani Bieber była wspaniałą kucharką, a w daniach jej zakochiwał się każdy kto miał okazję ich spróbować choć raz.

- Jak Ci idzie z nauką? - kobieta spytała Lee nakładającego na talerz kolejna porcję ziemniaków.
- Wszystko w porządku - uśmiechnął się. - Jeszcze kilka miesięcy i ponownie będę musiał zastanawiać się co dalej.

Justin zacisnął szczękę tak samo jak i pięści pod stołem, wiedział do czego ta cała rozmowa prowadzi i wiedział jak się skończy. Jego mama codziennie nalegała by wrócił do szkoły, a on tak samo codziennie nie słuchał tego co mówi. Nie chciał wracać bo nic na niego tam nie czekało, nie chciał kończyć szkoły bo wiedział, że będą oczekiwać po nim pójścia na studia, znalezienia dobrej pracy, założenia rodziny. Nie pragnął takiego życia - ułożonego.

Mama Justina i Frank pochłonięci byli rozmową o obrazach, teatrze.
Właśnie to studiował anglik, Justin wiele razy próbował zrozumieć dlaczego właśnie sztuka, jest dużo różnych kierunków, ciekawszych ale on wybrał ten.
Osoby nie znające Franka bliżej, mogły by uznać, że on sam w sobie jest sztuką, rzymską rzeźbą bez jakiejkolwiek rysy. Zawsze ogolony mężczyzna z idealnie zaczesanymi do tylu czarnymi włosami, w perfekcyjnie dobrych ubraniach, wyprasowanych koszulach starannie wepchniętych za pasek spodni, zawsze związanym krawacie. Przez ostatni trzy lata tylko Justinowi, jako jedynemu najbliższemu mu człowiekowi mieszkającemu w Nowym Jorku pozwolił ujrzeć w nim sztukę inną niż dotychczas. Młodzieńca w rozpiętej, lekko pogniecionej koszuli z rozwiązanym krawatem zwisającym mu z szyi, ciemnymi włosami opadającymi na czoło, zarostem mającym kilka dni.

- Powiedziałem jej, że czytałem komiksy - Justin siedział na drewnianym krześle z nogami opartymi o łóżko.
- Musiałeś kłamać?
- Musiałem coś zrobić by jej syn mnie polubił - założy dłonie klatce piersiowej.
- Nigdy za nimi zbytnio nie przepadałeś - mruknął z twarzą wtuloną w poduszkę - co zrobisz?
- Miałem nadzieję że mi pomożesz.
- Jak? - zaśmiał się zamykając oczy - nigdy, przenigdy nie miałem w dłoniach żadnego komiksu.
- Chodzisz często do biblioteki mógł byś czegoś poszukać.
- Nie ma sprawy, na pewno znajdę Mrocznego Rycerza pomiędzy Hamletem a Ojcem Goriotem - spojrzał się na chłopca z uśmiechem, a po dłuższej chwili gdy Justin zorientował się drwiny z strony przyjaciela dokończył - zasługujesz na większe zainteresowanie innych Justin, na większe niż te wszystkie wymyślone tożsamość razem.

On się tylko uśmiechnął nic nie odpowiadając, nie musiał bo pomimo słów ludzi, nawet tak bliskich jakim był Frank on znał prawdę o sobie, prawdę która sam wymyślił i której się trzymał, nie ważne co się działo, prawdę, że jest nikim.

Od kiedy Justin porzucił szkole Anglik odwiedzał go rzadziej, wtedy bardzo często pomimo swoich zajęć pomagał mu w lekcjach chociaż opierało się to na potakiwaniu głową i modlitwą by skończyć jak najszybciej.

Teraz spędzali godziny na rozmawianiu na wszystkie tematy lub na bezsensownym siedzeniu w ciszy, czasami zdarzało się obejrzeć im film.

- Podałem jej numer do telefonu w twoim domu - Justin rozkręcał i skręcał z powrotem niebieski długopis. - Powiedziałem również, że mieszkamy razem, nie chce by wiedziała, że jestem z tej dzielnicy.
- Mógłbyś, jeśli byś tylko chciał - Frank kątem oka spojrzał się na chłopca nadal leżąc na łóżku.- Ale nigdy nie odpowiadasz.

Dwa dni później Rachel rzeczywiście zadzwoniła, a Frank grzecznie odpowiedział, że Justina aktualnie nie ma ale gdy wróci oddzwoni.

On zadzwonił i kilka minut później spotkali się na umówionej ulicy, spędzili czas razem, a następnego dnia jeszcze więcej czasu. Opowiadała mu o swoim dzieciństwie, o polach kukurydzy, stadach czerwonych krów na farmie swoich rodziców. Szkoły do której uczęszczała, przyjaciołach i pierwszym chłopaku który okazał się być dupkiem.

Mało mówiła o ojcu swojego syna, chociaż Justin nawet nie zapytał. Dobrze wiedział, że o takie rzeczy nie wolno pytać tak uczyła go mama. "Słuchaj Justin, dżentelmen nie pyta na pierwszych randkach o sprawy rodzinne, a ty właśnie jesteś dżentelmenem".

Justin bardzo świetnie bawił się udając kogoś innego. Zmyślał wszystko, skąd pochodzi, kim są jego rodzice, jakie szkoły skończył, co robi w życiu, jakie ma zainteresowania. Nigdy nie wiedział, że bycie kimś innym jest takie fantastyczne jednak i niebezpieczne zarazem. W mieście są ludzie którzy nie znają Todda Line tylko Justina, nie znają syna biznesmena a dziecko kobiety pracującej w piekarni za rogiem. Trudna jest do wytłumaczenia sytuacja gdy macha do znajomy krzycząc "Cześć Justin", chociaż w tej chwili jesteś kimś zupełnie innym. Wiedział, że prędzej czy później popsuje mu to całą zabawę. Wtedy jednak na myśl przyszło mu zupełnie coś innego, pomysł który dla Justina był genialny, a Frankowi łamał serce.

- Co powiedziałeś swojej matce? - czarno włosy mężczyzna oparty był o metalową barierę.
- Znajomy znalazł mi dobrą pracę na kilka tygodni - stał w progu drzwi prowadzących na balkon. - Będę mieszkał u niego.
- Uwierzyła Ci?
- Zawsze chciała dla mnie jak najlepiej - wzruszył ramionami. - Poza tym jestem pełnoletni, traktuje mnie jak dorosłego.
- Nadal dzieciak - Frank powiedział cicho, zgniatając w popielniczce stojącej na drewnianym stoliku niedopałek papierosa. - Dlaczego to robisz?
- Nareszcie mogę być tym kim chce być - młody Bieber zrobił krok do przodu. - Chodź ze mną.
- Mam studia Justin - pokręcił głową.
- Jedno słowo, a dostaniesz dyplom z jakiejkolwiek uczelni na świecie - uśmiechnął się, przypominając mu o swoim talencie.
- To tak nie działał Justin.
- Mogli byśmy być królami świata - mówił ze śmiechem, próbując namówić przyjaciela na ucieczkę.
- Wymyślonego świata - poprawił go patrząc na blondyna.
- Wiesz, że i tak pojadę - Justin przerwał mu.
- Wiem - Frank lekko się uśmiechnął, i uderzając bosymi stopami o zimne płytki poszedł do Justina wystarczająco blisko by poczuć jego ciepło.

Justin mimo wszystko był dobrym człowiekiem, starał się pomóc każdemu z uśmiechem na twarzy, jako dziecko pomagał starszym panią w zakupach, przejściach przez pasy, gdy któryś z kolegów nie mógł wyprowadzić psa czy potrzebował drugiej pary rąk do przenoszenia kartonów przy przeprowadzce ale żadne jednak z tych osób nie wiedziało jak jest u Justina.

- Przyślij mi kartkę - powiedział, kładąc zmarzniętą dłoń na jego karku - z twojego wymyślonego świata królu.






Drugi rozdział za nami, mam nadzieję ze nie ma żadnych błędów, jeśli tak to przepraszam.


Liczę na opinię.

sobota, 1 lipca 2017

Rozdział Pierwszy

   
Przeskakując coraz to większe kałuże, młody mężczyzna w szarej kurtce trzymający nad głową skórzaną brązową torbę zapinaną na metalowe klamry i przerzuconym przez ramię czarnym długim płaszczem, przebiegał przez ulicę próbując jak najszybciej uciec z deszczu. Co nie było wcale takie proste, dworzec kolejowy na który tak pędził znajdował się trzy ulice jak i cztery przejścia dla pieszych dalej, a zmęczonym od pracy kierowcom nie uśmiechało się zatrzymywać dla każdego pieszego.
Mokre, jasne włosy opadały mu na czoło tym samym wchodząc w oczy, nie miał jednak
czasu na przeczesaniu ich do tylu, tak samo jak nie miał czasu na przetarcie już dawno pełnych od kropli deszczu przeszkadzających w bacznym obserwowaniu drogi szkieł okularów na jego nosie. Chłopak nie znosił ich nosić, wiec robił to tylko wtedy kiedy musiał, a musiał codziennie. Jego wzrok z dnia na dzień psuł się coraz bardziej ale tylko sobie mógł to zawdzięczać.
Czytanie książek w całkowitej ciemności oraz oglądanie telewizji z nosem przed ekranem traktował jako nic złego. Tak samo jak swoich okularów w drucianych oprawkach nienawidził marcowej nowo jorkskiej pogody, a była ona okropna. Deszcz lał się z ciemnych chmur wiszących nad czubkami drzew dniami i nocami, nie pozwalając na dłuższe wyjścia z domu.
Przekraczając próg głównych drzwi prowadząc na dworzec, otrzepał torbę z kropel wody. Wnętrze budynku było ogromne, przy kasach stali ludzie w długich kolejkach którzy po zakupie biletu schodzili schodami na odpowiednie perony. Stojąc przy jednej z wysokich białych kolumn wybudowanych zaraz przy wejściu dokładnie przeszukiwał kieszenie ubranej kurtki w której znalazł zaledwie kilka dolarów, uważnie prześledził wzrokiem ceny biletów oraz zniżki by potem ponownie sprawdzić wszystkie kieszenie z nadzieją znalezienia chociaż jednego centa. Kieszenie jak były tak są puste, a chłopcu nie uśmiechało się biec na drugi koniec miasta w którym wiecznie pada deszcz. Jego kurtka już dawno doszczętnie przemokła, tak samo i bluza pod nią. Gdzieś w głębi duszy modlił się by następnego ranka nie obudzić się z przeziębieniem, którego leczenia nawet nie podjął by się próby.

Od kiedy udało mu się znaleźć prace w sklepie pobliskim jego mieszkaniu nie mógł pozwolić sobie na urlop czy jakiekolwiek chorobowe. W poniedziałki, wtorki i środy od szóstej do drugiej popołudniu układał równo i ostrożnie puszki, papierowe torby, szklane butelki na półkach postawionych na całej długości pomieszczenia.
Nigdy nie marzył o takiej pracy, ale już jako mały chłopiec zawsze uważał, że musi od czegoś zacząć.

Z wewnętrznej kieszeni czarnego płaszcza wyciągnął legitymację wydawaną w Uniwersytecie do którego właśnie zmierzał. Jeszcze raz sprawdzając ceny biletu ustawił się w kolejkę kierująca się do kasy.
- Jaki profil? - kobieta o rudych włosach w niebieskiej koszuli z kołnierzykiem wyrwała go myśli. Chłopak unosił brwi w lekkim zakłopotaniu oraz pytającym geście. - Mój syn jest na tym samym roku, może go kojarzysz - mówiła z uśmiechem na ustach drukując bilet ze zniżką studencką.
- Sztuka - przerzucił skórzana torbę przez ramię tak samo jak i płaszcz, który pod wpływem deszczu pociemniał.
- Krótkie czarne włosy, dzień w dzień nosi podobne bluzy z collegu - Barbara bo takie właśnie imię pisało na plakietce przyczepionej do kieszonki koszuli opowiadała o swoim synu - John Walker
- John? - spojrzał uważnie na kobietę słuchając jej słów - a tak John, zupełnie wypadło mi z głowy - zaśmiał się kręcąc głową - siedzimy obok siebie, bardzo dobrze mu idzie! - mówił chowając bilet do kieszeni płaszcza - niech Pani go pozdrowi.
- On i jego wyniki twierdzą inaczej - odpowiedziała z uśmiechem.- oczywiście, do zobaczenia.

Sprawdzając czy wszystko ma przy sobie udał się w stronę peronu. Dworzec ten był głównym w mieście, pełno ludzi pchało się do pociągu by usiąść w najlepszym miejscu i nie stać jeśli jadą gdzieś daleko lub próbowali zostać tuż przy drzwiach gdy do stacji końcowej podróż trwała zaledwie kilka minut.

Blondyn siedzący na pierwszym miejscu przy samym wejściu z skórzana torba na kolanach na imię miał Justin. W Nowym Jorku mieszkał od zawsze, urodził się tam, dorastał ale nie był pewny czy zostanie na zawsze. Mieszkał z matką w małym dwu pokojowym mieszkaniu w jednej z biedniejszych dzielnic, nigdy jednak nie narzekał na nie dostatek. Jego mama pracowała od rana do wieczora, a on sam bardzo rzadko prosił ją o pieniądze.
Już gdy był dzieckiem kosił trawniki, mył samochody, odśnieżał pojazdy - potrafił sobie poradzić. Zawsze miał chęci do wszystkiego ale oprócz tego posiadał tez talent. Wiele razy podrabiał podpisy rodzica, jak i nauczyciela by bez problemu zdać z klasy do klasy. Prawdą jest, że Justin był człowiekiem mądrym, fakty historyczne znał na pamięć, nie miał problemów z matematyki, książki czytał codziennie, przyswajanie obcych języków było dla niego czystą przyjemnością, Justin jednak uczył się tylko tego czego sam chciał.
Zaspokajał swoje wymagania zamiast wymagania nauczycieli, a to nie zawsze kończyło się dobrze.
Wyszedł na stacji oddalonej o dziesięć minut, trzymając długi płaszcz starał się nie ciągnąć go po mokrej ziemi tak samo i torby. Sprawdził godzinę na zegarze wbudowanym tuż pod dachem dworca.

"Jeszcze dwadzieścia minut" pomyślał przyspieszając kroku. Wraz z mijanymi kolejnymi
ulicami przybywało coraz więcej czarnych chmur, nie zapowiadało się na ładną pogodę dziś czy jutro, ale taki właśnie był Nowy Jork i ludzie mieszkający tam przyzwyczaili się do tego już dawno, podobnie jak mieszkańcy Londynu położonego kilkaset kilometrów dalej. Mimo odległości klimat był strasznie podobny, wiec dwudziestotrzyletni Brytyjczyk nie poczuł żadnej różnicy przeprowadzając się tutaj trzy lata temu.

Justin stojąc w tłumie rozchodzących się do sali studentów cierpliwie wyczekiwał młodego mężczyzny o włosach czarnych niczym smoła, a oczach w kolorze czystego nieba.
- Justin - chłopiec usłyszał za sobą swoje imię i poczuł szarpniecie za ramię w stronę prawie pustego korytarza. - Jesteś cały przemoczony.
- Pada. - Kiwnął głową w stronę okna - przyniosłem Ci płaszcz. Widziałem, że nie wziąłeś rano żadnej kurtki - lekko uniósł go z uśmiechem - i bym zapomniał - z ramienia zdjął skórzaną torbę podając mu ją. - Notatki schowałem do tej kieszeni - wskazał - wziąłem wszystkie z biurka jakie były, a tutaj są klucze - wysunął je do kieszeni płaszcza gdy pod wpływem ciepłego oddechu zbliżającego się do mokrego policzka podniósł wzrok.
- Przecież ty nic nie widzisz Justin. - Brytyjczyk pokręcił rozbawiony głową i zdjął z nosa blondyna okulary. Dokładnie przetarł je w materiał białej koszuli którą miał na sobie.

Taki właśnie był Frank, troskliwy i elegancki.
Od pierwszego dnia w którym spotkał Justina, nie odstępował go na krok. Za każdym razem gdy Justin wychodził z jego mieszkania, zmuszony był ubierać grube bluzy, kurtki, czapki oraz szaliki tak by ani nie myśleć o chorobie. Koledzy Franka wiele razy drwili z niego jako drugiej matki blondyna. Jednak nigdy nie na poważnie, oni doskonale wiedzieli jak bardzo zależało mu na Justinie i jak bardzo się o niego martwił.
Pomimo tego jak bardzo grubo kazał ubierać się chłopcu w zimne dni on sam nigdy nie ubierał czegoś więcej niż długiego czarnego płaszcza którego przyniósł mu dziś młody Bieber. Całe dni spędzał w białych koszulach, marynarkach, spodniach garniturowych, a do tego nosił idealnie wypastowane czarne buty. W jego przypadku słowa "Ubiór nie świadczy o człowieku" w stu procentach było kłamstwem. Był on wykształconym i mądrym, wszystkie klasy kończył z wyróżnieniem i teraz na uczelni tez szło mu wspaniale.
Frank Lee pochodził z bardzo bogatej Angielskiej rodziny i się z tym nie krył, swoje ubrania szyte miał na miarę, jego mieszkanie nie należało do tych tanich tak samo studia na które uczęszczał. Pomimo tego, że żył w dostatku nie lekceważył pieniędzy, nie wydawał ich niepotrzebnie. Nie miał się za kogoś lepszego od tych którzy musieli na nie zapracować.

- Za kilkanaście minut wychodzę - oddał mu okulary - poczekaj i będziemy mogli wrócić razem - Frank założył skórzaną torbę na ramię wskazując wolne ławki stojące przy ścianie. - Zaniosę notatki i od razu wracam do Ciebie - uśmiechnął się zapewniając o swoim szybkim powrocie, on zawsze dotrzymywał słowa.

Justin poznał Franka gdy jako piętnastolatek wracał dumny ze swojej oceny z techniki do domu. Rodzice wiele razy przestrzegali go przed obcymi, ale co mógł zrobić mu zdezorientowany chłopak o pięknych niebieskich oczach próbujący wyczytać drogę z pomalowanego farbą planu miasta znajdującego się na tablicach ogłoszeń tuż obok lotniska. Dwudziestoletni Lee był przerażony w tamtym momencie o wiele bardziej niż Justin powinien, gdy pytał czy nie potrzebuje przypadkiem pomocy. Nowy dom Angielskiego mężczyzny znajdował się dokładnie pięć kilometrów od lotniska i dokładnie tyle przeszli razem rozmawiając na wszystkie tematy, chociaż początek był dość trudny. Frank uważnie trzymał przy sobie bagaże i pomimo zaproponowanej drugiej pary rąk do ciągnięcia walizek, odmówił pod wpływem umysłu przepełnionego wszelkimi scenariuszami okradzenia go z całego dobytku. Piętnastolatek przez całą drogę zapewniał, że jego mieszkanie znajduje się na tej samej ulicy, a pomoc w jej znalezieniu nie jest niczym specjalnym, co prawda mama z obiadem czekała po drugiej stronie miasta, a Frank dowiedział się o tym dopiero miesiąc później.
Justin bardzo często oferował pomoc obcym między innymi dlatego właśnie starsze kobiety brały go za złodzieja i straszyły policją. 

- Cześć Justin - na swoje imię podniósł wzrok znad gazetki reklamującej uczelnie. Głos należał do przechodzącej korytarzem w grupce osób Jessy, dziewczyny o długich jasnych włosach z szerokim uśmiechem na ustach pomalowanych czerwoną szminką. Była miła i śliczna i o tym doskonale wiedziała, nie jeden chłopak odwracał się gdy przechodziła i prawie każdy z nich zrobiłby wszystko by znaleźć się tuż obok niej.
Blondyn miał wielu znajomych uczących się tam, chociaż większość z nich była po prostu znajomymi Franka z którymi on spędzał dużo czasu.

- To nie legalne - ujrzał przed sobą bilet ze zniżką studencką.
- Nie miałem pieniędzy - wziął go i zgniótł wrzucając do kosza na śmieci. - A inaczej nie dobiegłbym tu do teraz.
Wyszli z budynku gdy czarne chmury powędrowały w stronę zachodu. Pomimo słońca które wyszło po godzinach chowania się za zasłoną, temperatura nadal utrzymywała się ta sama.

- Nie możesz wiecznie używać mojej bo ktoś się zorientuje - szli chodnikiem w stronę peronu - gdybyś wrócił do szkoły miał byś swoją własną.
- Chcę mniej wydawać na bilet, a nie wracać do szkoły - zaśmiał się idąc po krawędzi chodnika, stawiając stopę po stopie. - zrobię sobie.
- Jesteś szalony Justin - kręcąc głową ze śmiechem, wysunął dłoń w jego wilgotne od deszczu, miękkie, jasne włosy. Urosły od kiedy ostatni raz pozwolił mu je ściąć. Osiemnastolatek bardzo rzadko zgadzał się iść podciąć włosy, a gdy już udało się go namówić były to późne godziny noce gdzie salony fryzjerskie od przeszło czterech godzin były pozamykane. Frank nie miał jednak zamiaru tracić swojej szansy i o drugiej w nocy naostrzonymi nożyczkami próbował nie odciąć ucha chłopcu siedzącemu na podłodze z szyją opartą o brzeg wanny.
- Nie szalony, tylko genialny - próbował złapać równowagę by nie spaść na ulicę - genialny.

Często zdarza się że ludzie nie robią tego co zapowiadali, innym razem na spełnienie swych słów czekają kilka dni, a nawet lat. Zazwyczaj zależne jest to od tego jak bardzo nam na tym zależy, czy jest coś co nas pcha do ich wypełnienia. Faktem jest, że Justin po mimo kilku miesięcy nie zrobił swojej własnej legitymacji studenta sztuki uniwersytetu w Nowym Jorku ale wcale jej tak mocno nie potrzebował. Nic by to nie zmieniło w jego życiu, a właśnie zmiany chłopak oczekiwał.

Całe dnie i noce spędzał w pracy, u Lee, a najczęściej leżąc na kanapie z oczami wlepionymi w telewizor. On nie chciał tak żyć, nie wiedział jednak co może zrobić, przecież był Justinem.
Chłopcem którego można poprosić o pomoc bo zawsze ma czas, tym którego jedyną szkołą którą całą skończył była podstawówka, tym który nie jest nikim ważnym. Tak właśnie myślał o sobie, o chłopcu którego nikt na tyle nie potrzebuje by był kimś. A on właśnie chciał być kimś, ale nie koniecznie sobą, obcym człowiekiem, wymyślonym. Synem miliardera, rodziną słynnego muzyka, studentem Yale.

Pewnej nocy odbijając gumową piłkę o ścianę zdał sobie sprawę, że nie nic mu po legitymacji studenta jeśli jego talent pozwoli mu na stworzenie innej tożsamości. Godzinę później po znalezieniu starego paszportu matki oraz innych potrzebnych rzeczy. Przy biurku oświetlonym żółtym światłem z pięcioletniej lampki nocnej ostrym nożem wyciął zdjęcie swojej matki by następnie wkleić swoje. Wymazanie niepotrzebnych informacji i wpisanie nowych nie było niczym nadzwyczajnym bo już jako dzieciak dodawał sobie lat w szkolnych legitymacjach. Tej nocy jednak nie był już dzieckiem, a dorosłym mężczyzna który nie postępował zgodnie z
prawem.

- Czy David Webb może postawić Panu drinka? - Frank usłyszał nad sobą rozbawiony głos przyjaciela stojącego naprzeciwko okrągłego stolika z rozłożonym paszportem w dłoni.
- Panu? - uniósł wzrok - Niestety, już czekam na przyjaciela któremu ze względu na jego młodzieńczy wiek to ja będę musiał postawić - jego wyrazisty brytyjski akcent zagłuszany był przez śpiewającego mężczyznę w białej marynarce stojącym na małej scenie w kącie pomieszczenia - ale niestety spóźnia się już dziesięć minut - spojrzał się na zegarek ze skórzanym czarnym paskiem.
- Ja nie muszę być twoim przyjacielem - Justin odezwał się poważnym głosem chociaż oczy lśniły ze śmiechu.
- Jesteś szalony Justin - anglik wyrwał z dłoni chłopaka paszport dokładnie mu się przyglądając.

~


I pierwszy rozdział mamy za sobą! Jestem podekscytowana pisaniem tego opowiadania, mam tyle planów, a to dopiero początek! Mimo, że mam wiele pomysłów, sam fanfic będzie miał 10 rozdziałów. 






Przepraszam za wszystkie możliwe błędy. Liczę na opinię. 




Przepraszam, za czcionkę i kolor ale niestety nie wiem jak poprawić.

piątek, 26 maja 2017

Prolog



"Jeśli miałbym powiedzieć coś o Justinie, powiedziałbym : 
Justin grał w teatrze, codziennie odgrywał nowe role starając przypasować się każdemu spotkanemu na drodze człowiekowi.
Justin miał dużo przyjaciół, a każdy z nich znał go od zupełnie innej strony. 
Justin wstydził się tego kim jest naprawdę, mimo że nie miał takiej potrzeby.
Justin zgubił się po drodze, ale nie ze swojej winy. 
Chciał być perfekcyjny, chciał być "normalny", chciał być szczęśliwy.
Chciał być kimś, bo twierdził, że jest nikim. 

Jeśli miałbym powiedzieć coś o Justinie, powiedziałbym : 
Justin grał w teatrze - każdy gra. " - Frank 

~




Nowy FanFiction o Justinie! Mam nadzieje, że przypadnie wam do gustu.

Liczne na opinie!