piątek, 15 września 2017

Rozdział piąty



- Wiec jutro mnie opuszczasz mały chłopcze? - Ivan przysunął do ust szklane naczynie do połowy napełnione alkoholem. Rękawy jego rozpiętego, wełnianego swetra podwinięte były do łokci, tak samo jak podwinięte miał nogawki jasnych spodni ukrywające długie umięśnione nogi spoczywające na kanapie.

Ani Ivan ani Justin nie byli pewni co do ciągu wydarzeń które sprawiły, że młody Bieber siedział na miękkim dywanie, oparty o kanapę z głową swobodnie leżąca na nogach Rosjanina, rozłożonego wygodnie na sofie na której do niedawna spał osiemnastolatek. Obaj zaś trzymali w dłoniach po kilka kart do gry.

Chłopiec do dziś nigdy, przenigdy nie grał w pokera, choć grę widział tą na oczy wiele razy oraz we wszelkich filmach o Bondzie. Zgniecione banknoty leżące przy jego nodze wskazywały, że idzie mu całkiem dobrze lub mężczyzna w ukryty, dobrze zamaskowany sposób daje do zrozumienia, że nie chce puścić chłopca samego z resztą pieniędzy zarobioną na statku w kolejną podróż.

- Nadal nie znam twego prawdziwego imienia Tyberiuszu - odstawił szklankę na stół by zastąpić ją papierosem.

W ciągu kilkunastu dni Amerykanin pokochał akcent jakim posługiwał się mężczyzna (był on piękny, ostry, wyróżniający każde wypowiedziane słowo, każdą literę, a w szczególności te zwracane do niego) do tego stopnie, że gdy mówił ani razu mu nie przerwał. Słuchał uważnie patrząc na jego usta, mokre i lśniące od alkoholu.

- Pewny byłem, że Ci na nim nie zależy - spojrzał się na swoje karty, jedna dłonią zaczesując mokre od wody włosy do tylu.

- Nadal tak jest - zrzucił z kanapy kolejny zgnieciony banknot który wylądował przy Justine. - Chce jednak wiedzieć kto ze mną wygrywa.

- A jakie imię jest twoim ulubionym? - uniósł wzrok, odwracając twarz w stronę Ivana przez co jego gorący policzek przytulił się do tak samo ciepłej nogi mężczyzny.

- Skąd się wziąłeś mały chłopcze? - Vasiliev zapytał odkładając karty na stolik stroną ozdobną na wierzchu, nie oczekując odpowiedzi na pytanie bo jej nie było. - Nie jesteś prawdziwy... - pokręcił głową.

- Nigdy nie chciałem być - powiedział nie dając mu szansy na dokończenie, jego lśniące brązowe oczy wyraźnie prześledziły twarz Rosjanina, zdziwioną minę, lekko uniesione brwi, niebieskie skupione oczy, zaciśnięte usta a następnie spojrzał się na jego dłoń opartą o oparcie fotela w której między palcami znajdował się papieros.

- Dlaczego? - sięgnął drugą ręką po szklankę, jednak chłopiec go wyprzedził.

Chwycił naczynie, by następnie wziąć łyk napoju. Nie pił go nigdy przedtem. Alkohol parzył usta, gardło zostawiając po sobie ciepło.

- Jeśli był bym teraz prawdziwy - wytarł wargi rękawem bluzy. - Ja siedział bym tu - klepnął w poduszki sofy. - A ty za ścianą, nie okradał bym cie z pieniędzy, ani z alkoholu. Istnieje też prawdopodobieństwo... - Uśmiechnął się, biorąc ostatni łyk napoju przed oddaniem go Ivanowi. - ...jeśli był bym prawdziwy, nigdy by mnie tu nie było.

Justin nie do końca był pewny swoich słów które wypowiedział, tak samo jak nie był pewny odpowiedzi dlaczego mężczyzna zgasił dopiero zapalnego papierosa, podniósł się z kanapy opuszczając nagie stopy na dywan.

- Więc nic nie jest tu prawdziwe - wysłał ku niemu uśmiech, i wyciągnął palce w stronę jego szczęki przebiegając nimi po kości policzkowej.

Reakcja Biebera nie różniła się od tej na jaką oczekiwał Ivan, skierował twarz ku jego dłoni domagając się więcej, patrząc na niego z dołu, spod ciemnych długich rzęs.

- Czasami tak lepiej - mówił, wargami dotykając opuszki jego kciuka. - Żyć w nie prawdziwym świecie.

W tej chwili Justina nie było, nie istniał. Na podłodze siedział chłopiec o brązowych ciemnych oczach, włosach opadających na czoło, chłopiec o nieznanym imieniu który prawdopodobnie tę noc spędzi z Rosyjskim mężczyzną.

Justin by tak nie postąpił - prawdziwy Justin. Bardzo mało ludzi poznało prawdziwego Justina, i być może on sam jeszcze go w sobie nie odnalazł. Czasami nawet nie próbował szukać, jak teraz.

Prośba chłopca została spełniona już po chwili, duża szorstka dłoń mężczyzny zacisnęła się na jego szczęce na tyle mocno by przez jego umysł przeszła wizja jutrzejszych nie zakrytych granatowych siniaków. Bieber powoli zaczął się podnosić z podłogi ani razu nie pozwalając przerwać dotyku mężczyzny, patrzącego tym wzrokiem który stoicki spokój Justina bez żadnej zgody zamieniał w obłęd. W paranoję każącą mu zbliżyć się, zakłócić jego przestrzeń osobistą, delektować się zapachem tej cholernie drogiej wody kolońskiej stojącej na półce w łazience, spojrzeniem którego do tej pory nie potrafił nazwać.

Cały czas na nagich chudych kolanach poruszył się zaledwie kilka centymetrów dalej po twardej drewnianej podłodze pokrytej miękkim dywanem którego jasne dwu kolorowe delikatne włosie w ogóle nie pasowało do wystroju pomieszczenia.

Salon był duży, masywny, pełny foteli, półek z książkami sięgającymi sufitowi. Wszystko w nim było ciemne. Ciemne brązowe meble, ciemne zielone zasłony, obrazy malowane ciemnymi kolorami. Wszystko prócz dywanu - błękitnobiałemu dywanu.

Zatrzymał się, opierając ciepłe dłonie na umięśnionych udach Rosjanina a palce Ivana zacisnęły końcówki jego włosów mocno pociągając wstecz. Podczas gdy oczy Justin ze skupieniem obserwował jego niebieskie oczy, mężczyzna drugą rękę wyciągnął w stronę szkła w połowie napełnionego alkoholem.

- Zostaw mi - wyszeptał patrząc jak bierze duży łyk. Ivan pokręcił głową z uśmiechem.

- Nie - oblizał mokre usta. - Nie dostaniesz już ode mnie w ogóle alkoholu. Zostaje ci herbata - odstawił naczynie nie spuszczając z twarzy chłopca wzroku, z jego ust, policzków przykrych ogromnym różowym rumieńcem.

- Nie chce herbaty - oparł łokieć na jego nodze by następnie oprzeć głowę o rękę.

- Wiesz jak pije się ją u nas w Rosji? - Vasiliev wziął dłoń z jego włosów by z stolika zdjąć cukierniczkę z cukrem w kostkach. Jedną z nich wziął między czubki palców.

- Otwórz usta - rozkazał, gdy Justin wyprostował się klęcząc między jego nogami wykonując polecenie. - Ugryź - wysunął mu kostkę pomiędzy wargi. Chłopiec zmarszczył brwi ze zdziwieniem, pomimo tego robił wszystko z instrukcją mężczyzny. - Nie połykaj - Bieber wyraźnie przyglądał się gdy ten drugą połowę kostki włożył w swoje usta, próbował nie popłakać i nie zakrztusić się z podniecenia. - A teraz pij - podniósł z stolika białą filiżankę ze chłodna już herbata.

- Ona jest gorzka - powiedział trzymając język na wierzchu.

- Pij - przysunął ją bliżej przechylając w jego stronę. I trzymając za ucho kubek pozwolił by chłopiec pił mu z dłoni, nie przerywając jednoznacznego spojrzenia prosto w oczy które wydawało się trwać nieskończenie. Palce Justina zacisnęły się na materiale jego spodni próbując trzymać równowagę nadal klęcząc. Wolną rękę Ivan położył młodszemu od siebie chłopakowi na lewym boku, trzymając go. Nie wykonał tego jednak tylko w celu pomocy, a Justin dowiedział się o tym kiedy kciuk Rosjanina znalazł się pod paskiem jego dresowych krótkich szortów, lekko osuwając je na dol. Pewny był, że jeszcze kilka chwil a wylądowałyby one całkowicie na podłodze gdyby nagle nie zakrztusił się napojem.

Podniósł się z prędkością światła z kolan, zasłaniając usta i kaszląc.

- Chciałeś mnie zabić? - wykrztusił Justin trzymając dłonie na klatce piersiowej, kątem oka patrząc na Ivana. - Oczywiście, znów się nie udało - Rosjanin wstał z kanapy z pustą szklanka po alkoholu, bosymi stopami krocząc w stronę barku.

- Znów? - zmęczony Justin na kolanach usiadł na kanapie opierając brodę o oparcie patrząc na niego znad włosów oglądających na czoło. - Rozwiń wypowiedz.

- Masz bardzo mocny sen Tyberiuszu - napełnił swoje naczynie kolejną porcją alkoholu mówiąc poważnie.

- Jak Ty Ivanie - chłopiec wzruszył ramionami odpowiadając takim samym tonem jak i dumą w środku za szybkie odbicie piłeczki która została rzucona w jego stronę.

- Nie wiem kim jesteś - mężczyzna pokręcił głowa - Ale będę za Tobą tęsknic mały chłopcze.

Justin też będzie tęsknił, spędził z nim kilkanaście dni w obcym kraju, tylko z nim. Będzie tęsknił za jego pięknymi niebieskimi oczami śledzącymi jego ruchy, za pełnymi mokrymi, przesiąkniętymi alkoholem ustami, które w niektórych momentach znajdowały się zaledwie kilka centymetrów od skóry Justina. Będzie tęsknił za dużymi dłońmi z zaczerwienionymi kostkami które zatapiały się we włosach chłopca. Za poczuciem humoru który towarzyszył mu każdego dnia i którym rozbawiał go, siedzącego na fotelu pasażera przemierzając drogi Anglii.

Skłamałby jeśli powiedzie, że nie tęskni za luksusem w który zaopatrzył go Ivan. Drogie samochody, drogie hotele, drogie ubrania i drogie jedzenie - przyzwyczaił się do nich tak samo szybko jak zaczął za nimi tęsknic.

Jednak tęsknota która czuł była kłamstwem. Nareszcie wracał do domu.

Jutrzejszego dnia Justin w dżinsowych przetartych spodniach w dużym jasnym wełnianym swetrze z zielonym marynarskim workiem przerzuconym przez ramię stał przy barierce patrząc na ludzi wchodzących na pokład statku.

- Mam nadzieję że się jeszcze spotkamy - Ivan zapalił papierosa wyrzucając zapałkę do wody.

- Kiedyś - włożył dłonie do kieszeni spodni.

- Słuchaj - mężczyzna odwrócił się w jego stronę. - Nie oczekuje, że dziś czy następnym razem rzucisz mi się w ramiona.

- Teraz nie mam czasu - wzruszył ramionami z szerokim uśmiechem. - Ale następnym razem, dlaczego nie? Vasiliev pokręcił głowa śmiejąc się, a był to jeden z najbardziej szczerych śmiechów które Justin kiedykolwiek mógł usłyszeć.

- Wracaj do domu Tyberiuszu - położył dłoń na jego ramieniu - gdziekolwiek on jest.

Widząc oddalającego się mężczyznę z rękoma w kieszeni kurtki, ponownie poczuł się sam. Nie była to jednak samotność towarzyszącą mu przypływając tutaj.

Dzisiaj wracał do domu. Wracał do swojego pokoju w którym pewnie nic nie zostało zmienione. Do swojego łóżka (możliwe, że tylko pościel została zmieniona). Do swojej mamy która tęskni i martwi się o swojego jedynego syna. Wracał też do Franka. Od niego nie był pewny czego oczekiwać. Zostawił go.

Jeszcze nie wiedział na jak długo wraca, ale o to właśnie chodziło. Żył jak chciał i był kim chciał.

- Do zobaczenia Ivan - krzyknął za nim próbując udawać Rosyjski akcent mężczyzny który na moment odwrócił się kiwając. - Ponownie Justin - powiedział sam do siebie wchodząc na pokład.

Wracał tym samym statkiem co ostatnio, do załogi dołączyli nowi pracownicy. Ponownie za pomoc oprócz wynagrodzenia otrzymał również dach nad głową i pożywienie. Stary, ale w dobrym stanie materac wciśnięto do schowka na mopy, którymi sprzątał pokład. Praca nie różniła się niczym niż ta która miał na samym początku, szorował podłogi oraz pomagał w kuchni obierać warzywa a główny kucharz nie pozwalał mi wyjść stamtąd głodny.

Będąc pół dnia drogi od Nowego Jorku, tęsknota oraz chęć opowiedzenia Frankowi wszystkiego wzrastała coraz bardziej, gdy zaczął dostrzegać malutką statuę wolności miał ochotę skoczyć do wody i płynąć chociaż nie potrafił.

Justin starał się być sobą. W portfelu miał swój paszport, a wszystkie inne głęboko schowane w worku, znajomi z pokładu mówili do niego prawdziwym imieniem.

Jedynie jasny sweter z podwiniętymi rękawami o charakterystycznym dla Rosjanina zapachu wody końskiej, oraz zgnieciony banknot dwustu dolarowy wciśnięty do kieszeni kurtki i kilka słów "Liczę na Jamesa Deana" krążących w jego myślach przypominały mu o postaci którą grał do niedawna.

Czując pod stopami drewniane pale poukładane na ziemi w porcie, przestał myśleć o tym zupełnie. Idąc ulicami które znał jak własną kieszeń nie zatrzymał się ani na chwilę dopóki nie usłyszał za sobą znajomego głosu.

- Gdzie ty byłeś Justin? - w brązowej kurtce i dwoma napełnionymi po brzegi papierowymi torbami na zakupy stał młody krótko obcięty mężczyzna.

- Pracowałem - odwrócił się stojąc przy wejściu do jednego z większych sklepów. - Wróciłem kilka minut temu - powiedział ze śmiechem zerkając na zegar wybudowany w mur budynku naprzeciw.

- Nie było Cie strasznie długo - chłopak przycisnął torbę bliżej do klatki piersiowej by jej nie opuścić. - Myślałem że zaginałeś.

- Mogę pomóc - wyciągnął dłonie w stronę torby która po chwilę trzymał w jednej ręce, druga nadal pomagał sobie w noszeniu worku z rzeczami.

- Zdałem poprawę i chciałem zaprosić dziś kilku znajomych, byłem pewny, że dam sam sobie radę - mówił ze śmiechem.

Chłopakiem był Timothy, Justin poznał go kilka lat temu przez Franka, chodzili razem na uczelnie dopóki ten nie zmienił kierunku. Kolegami byli do dziś. Timothy mieszkał tak samo jak Justin od zawsze w Nowym Jorku. W wieku dwudziestu lat przeprowadził się do własnego domu na Brooklynie który wynajął z dziewczyną.

- Frank też tam będzie? - Bieber zapytał idąc obok niego wzdłuż chodnika.

- Oczywiście, co to za impreza bez niego - pokręcił rozbawiony na co Justin podobnie zareagował.

Przez te pięć lat po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych przyjaciele Lee poznali go doskonale. Wszyscy z nich wiedzą jak skutecznie potrafi zachęcić ludzi do zabawy i jak dobrze tańczy (nawet na stole) gdy jego organizm przyjmie kilka butelek alkoholu. Justin w przeciwieństwo do Brytyjczyka pamięta gdy zobaczył go po raz pierwszy z czarnymi włosami roztrzepanym na wszystkie strony, w mokrej koszuli od rozlanego napoju, śpiewającego w jego stronę hitu „Pretty Woman"

- Mogę przyjść? - spojrzał się w stronę Timothyego.

- Jasne - zgodził się stojąc przy wejściu do swojego mieszkania. - Bądź o siódmej.

Spotkanie znajomego zmieniło plany Justina doszczętnie. Przyspieszając krok starał się znaleźć w swoim domu jak najszybciej.

Otwierając furtkę dostrzegł swojego starego sąsiada stojącego w otwartym oknie z papierosem w dłoni. Patrzył w jego stronę a gdy Justin go przywitał, kiwnął tylko głowa nie odpowiadając.

Bardzo rzadko z nim rozmawiał, a wiedział o nim tylko że: mieszka tu, nigdzie nie wychodzi czyli oznacza to że nie pracuje, nie jest jednak w tak podeszłym wieku by dostawać emeryturę, nie ma nikogo.

Szczerze mówiąc przez pierwsze lata gdy się tu przeprowadził, mężczyzna fascynował Justina. Mały chłopiec siedzący w piaskownicy nie odwracał wzroku od jego połowy domy. Zdarzało się, że wymyślał historie kim mógłby być i zawsze brał go za złą postać, za seryjnego morderce, złodzieja, naukowca chcącego zawładnąć krajem.

Justin nie zastał swojej mamy w mieszkaniu, nawet się jej nie spodziewał. Pamiętając grafik jej pracy dobrze wiedział że godzinę temu wyszła na druga zmianę. Z zeszytu wyrwał kartkę i starannym pismem pisał naostrzonym ołówkiem

"Przyjechałem! Przepraszam że nie będzie mnie gdy wrócisz ale idę odwiedzić Franka. Jestem cały i bezpieczny. Kocham Cię Mamo. Justin"

List położył na stole obok pocztówki z Wielkiej Brytanii. Osiemnastolatek nie tracił czasu świadomy, że została mu zaledwie godzina. Wycierając włosy w biały ręcznik powtarzał sobie wszystko co opowie przyjacielowi, nie widział go tak dawno biorąc pod uwagę, że przed wyjazdem codziennie spędzał z nim czas. Myślał też o tym gdzie pójdzie następnym razem, powinien zadzwonić do Rachel, mógłby ja kiedyś odwiedzić, albo poznać kogoś nowego. Dziś to jednak nie ważne, dziś będzie mógł przywitać swojego przyjaciela.

Już przy wejściu do domu kolegi został przywitany butelką piwa, kurtkę rzucił na zapełniony już wieszak w przedpokoju. W każdym koncie stali znajomi lub nieznajomi w większych grupach lub zajęci sobą. Teraz dopiero Justin przekonał się co oznacza dla Timothyego "kilku znajomych".

Przepychając się przez tłum w stronę kuchni po drugiej stronie pomieszczenia zobaczył go.

Młodego mężczyznę o ciemnych włosach i błękitnych oczach patrzących na niego.

Justin się szeroko uśmiechnął czując ciepło jego spojrzenia na siebie.

Wrócił.


Gotowe! Rozdział piąty za nami, przepraszam strasznie za długa przerwę. 
Powodzenia w szkole! 

środa, 16 sierpnia 2017

Rozdział czwarty

Dźwięk odkręcanej wody, która kolejno uderzyła o białe kafelki ścianki prysznica rozkazał Justinowi siedzącemu na podłodze opierając się o ogromne drewniane, zasłane idealnie białą pościelą łóżko, zerknął w stronę nie do końca zamkniętych brązowych drzwi prowadzących do łazienki w której aktualne znajdował się Ivan.
Amerykański chłopiec nadal go nie opuścił, pomimo pięciu dni od pierwszej nocy spędzonej na kanapie. Od tamtej chwili wiele się nie zmieniło, skórzana sofa nadal pokryta była warstwami grubych kocy oraz poduszek z wyszytą złotą nitką nazwą hotelu.

Justin wiele razy słyszał o gościnność ludzi pochodzących z Rosji i prawdę mówiąc nie do końca w nią wierzył. Do spotkania Ivana uważał ją za legendę tak samo jak wszelkie inne stereotypy krążące wśród ludzi. Jednak, jak kłamstwo które wypowiedziane wiele razy staje się rzeczywistością, była ona prawdziwa. W końcu nie każdy obcy człowiek spotkany na statku, pozwala przenocować w swoim hotelu, spełnia każde słowo, nawet te wypowiedziane dla żartu - nie oczekując niczego w zamian. 

Będąc jeszcze w Nowym Jorku, Justin oparty o ścianę starych klubów, czekając na Franka kilkukrotnie był celem, któremu starsi mężczyźni w drogich samochodach z opuszczona szybą składali mu nie odpowiednie oferty. Osiemnastek nie ignorował ich, nigdy nie należał do ludzi wzruszającymi ramionami i odchodzących. Ostatnie słowo był jego własnością. Za każdym razem, swoim wolnym, najlepszym krokiem rodem skradzionym od celebrytów z czerwonego dywanu podchodził do aut poprawiając przy tym włosy, czy odpinając górną cześć kurtki. Zbliżając się do odpowiedniej bliskości, opierał się o szybę i z chytrym a za razem pięknym uśmiechem odmawiał twierdząc, że jest zbyt drogi lub po prostu recytował wiązankę słów zabronionych przez jego mamę.
Justin oprócz o gościnności słyszał także o wiecznie pijanej Rosji, i była to kolejna informacja zgadzająca się w stu procentach. Blondyn już drugiego dnia zauważył, że Vasiliev nie stroni od alkoholu, a pomimo tego nawet po kilku jego szklankach ten nie traci rozumu.
Nawet teraz, wchodząc do sypialni na bosaka w niebieskich spodniach od piżamy i czerwonym rozpiętym szlafroku sięgającym do kolan, zahaczył o barek nalewając sobie do szklanki brązowego, krystalicznego napoju. Usiadł na skraju łóżka na tyle blisko chłopca by ten czuł ciepło jego ciała na ramieniu odzianym w białą podkoszulkę.
- Na wschód od Edenu - mężczyzna spojrzał się na ekran telewizora, wziął łyk alkoholu rozglądając się za stolikiem nocy który znajdował się półtorej metra dalej, odstawił szklane naczynie tuż obok siedzącego na podłodze Biebera w krótkich szarych szortach pozwalających miękkiemu materiałowi dywanu otulać jego długie nagie nogi.
- Słucham? - Justin uniósł wzrok znad ekranu.
- Tytuł filmu - odpowiedział sięgając po nowo kupiona paczkę papierosów. - Byłem pewien, że oglądałeś - wysunął jednego z nich do ust i wstając z łóżka i podchodząc do okna. Młody Bieber bez przerwy śledził każdy jego ruch, z szuflady szafy wyciągnął opakowanie zapałek, dzięki którym podpalił papierosa. Zużytą zapałkę wyrzucił do popielniczki stojącej na parapecie uchylonego okna przez które do wnętrza pokoju przedostawało się zimne powietrze. - Młody James Dean - powiedział z uśmiechem zerkając na film. - Każdy ogląda filmy dla Deana.
- Widziałem tylko jeden - złożył ręce na klatce piersiowej, pocierając ramiona. - Wole Brando.
- Wolisz Marlona Brando - Rosjanin powtórzył po chłopcu oparając się wygodnie parapet, wypuścił dym z ust. - Myślę, że James zgodził by się z tobą* - odwrócił twarz w stronę chłopca który wyraźnie został rozbawiony jego słowami.
- Jeśli był bym na jego miejscu - mówił ze śmiechem skubiąc pojedyncze włókna dywanu. - Zrobił bym tak samo - Justin oparł głowę o brzeg łóżka, patrząc w sufit nie stracił ani sekundy gdy zaczął opowiadać o wszystkich filmach w których wystąpił jego ulubiony aktor, jak spędził całą noc na oglądaniu ich, jak pośród krzyczących dziewczyn podczas jednej z premier w Nowym Jorku udało uścisnąć mu się jego dłoń. 
Podczas gdy młody Bieber nie ukrywając emocji opowiadał a jego oczy błyszczały, Ivan przyglądał mu się z uśmiechem zgniatając niedopałek w miedzianej popielniczce. 
Powiedział mu prawie o wszystkim, wszystkim prócz Franka, który brał go na noce maratony do kin gdzie mógł podziwiać bohatera "Tramwaju zwanego pożądaniem", i gdzie Lee mógł godzinami patrzeć na chłopca z torbą popcornu na kolanach. Nie powiedział też o przyjacielu który ze względu na sztukę, która studiował otrzymywał pozwolenia na uczestniczenie we wszelkich premierach, nie korzystał z niej dopóki na jednej z nich pojawić miał się sławny idol Justina.
Osiemnastolatek nie miał zamiaru dzielić się wspomnieniami o angliku, one należały tylko i wyłącznie do niego. Tak jak on.
- Widziałeś jego twarz? Jest piękna - chłopak uniósł głowę.
- Jest już stary - zamknął okno, a nastanie zasunął długą ciemną zasłoną. Po dzieciństwie spędzonym na zapomnianych polach Rosji, pewny był, że nigdy nie przyzwyczai się do wiecznie jasnych miast.
- Tak jak ty, Ivan - stwierdził z śmiechem, a mężczyzna odwrócił się w jego stronę.
- Ty mały dupku - wyciągnął rękę z zamiarem trzepnięcia go w głowę, zamiast tego wsunął dłoń, zaciskając długimi palcami jasne, miękkie włosy Justina. Pociągnął za nie by blondyn siedzący na podłodze oczy miał zwrócone w jego stronę.
Bieber miał ochotę płakać. Nie z powodu bólu, a przez niesamowite piękno mężczyzny stojącego przy nim.
- Obetnij się na niego - druga dłonią poprawił kołnierz szlafroku.
- Daj mi pieniądze - wyprostował się. - A jutro ujrzysz tu Jamesa Deana.
- Ile? - zaskoczony odpowiedzią uniósł brwi.
- Dwieście funtów - wzruszył ramionami, patrząc w jego oczy które uważnie go obserwowały. Ivan miał piękne oczy, a jeszcze piękniejsze spojrzenie. Nie wiedział jeszcze tylko co ono mówiło bo było inne niż te które widział dotychczas, nie było w nim ani trochę miłości czy troski jakie zdawało zauważyć się u jego przyjaciela ale mimo wszystko było przyciągające.
- Nie wiem jak jest w Ameryce ale tutaj w Anglii fryzjer jest tani - rozluźnił ucisk, pozwalając sobie na chwilę zabawy jego włosami.
- Wiem - uśmiechnął się czując jak delikatnie masuje skórę jego głowy. - Ale nie będę twoim Jamesem Deanem za darmo.
Zamknął oczy gdy ciepła szorstka skóra sunęła po jego policzku docierając do zaciśniętej szczęki przechylając ja wstecz, dopóki tył głowy Justina nie uderzył w brzeg łóżka wyłożony miękkim materiałem.
- Jest późno - Ivan zrobił krok do tylu i odłożył szlafrok na fotel by położyć się na materacu ze spuszczonymi stopami na dywan.
- Mogę zostać? - zapytał po długiej ciszy, podnosząc z podłogi szklankę z alkoholem która nadal trzymając dotknął kolana leżącego mężczyzny.
- Jestem pewien, że się zmieścisz - powiedział cichym głosem przejmując od Biebera szklane naczynie. Amerykanin uśmiechnął się sam do siebie, i przecierając zmęczone oczy wstał z drewnianych paneli.
- Myślałem o dokończeniu filmu, ale prawda - kiwnął głową. - Jest późno - naciągnął rękawy bluzy, idąc w stronę drzwi. - Dobranoc Ivan - szepnął, świadomy tego, że Rosjanin nie usłyszał pociągnął za sobą drzwi ale ich nie zamknął, zostawił małą szparę którą widział nawet kładąc się na kanapę.
Kanapa której siedzisko składało się z trzech wielkich poduszek należała do jednej z tych wygodnych, idealnie dopasowywała się do kształtu jego ciała. Ciekawość i zazdrość zjadała Justina od środka gdy myślał jak strasznie wygodne musiało być łóżko na którym spał właśnie Ivan skoro zapłacił ze nie tak duże pieniądze. W stu procentach na pewno było lepsze niż te które miał w swoim pokoju, ale pomimo tego jak strasznie stare sprężyny przeszkadzały w spaniu starał się nie narzekać. Czasami wręcz go to śmieszyło gdy śpiąc obok Franka starał się przewrócić na drugi bok nie budząc Anglika skrzypieniem starego metalu, który jednak budził się za każdym razem.
Podciągnął przykrycie pod samą szyję, patrząc przez odsłonięte okno słyszał jedynie swój oddech. Jeszcze nie przyzwyczaił się do panoramy będącej za starannie wyczyszczoną szybą chociaż widział ją przez ostatnie pięć nocy. Przypominała mu tą którą widział z dachów starych opuszczonych budynków na które chodził z kolegami, różnica była mała jednak dla chłopca ogromną. W Ameryce mógł ujrzeć swój dom, którego tu nie było.
Justin nie żałował swojej decyzji o ucieczce bo wszystko szło dobrze. Nie żałował jej w dzień. Nocami wszystko się zmieniało, znów był sam. A tego Bieber nie nawiedził - samotności. Siedząc na kanapie w obcym kraju, z obcym mężczyzna za ścianą, jego umysł pełen był myśli o domu i bliskich.

Wszystko było znów w porządku rano, budzony przez promienie słońca oświetlające mu twarz i chłodne powietrze przedostające się przez pootwierane okna - wszystkie pootwierane okna.
Chłopak pewny był, że Ivan wcale nie czuje zimna, wychodząc z pokoju miał na sobie rozpięta kurtkę i koszulkę z krótkim rękawem podczas gdy Justin schodząc po schodach ubierał kolejny czerwony sweter uszyty z nieprzyjemnego w dotyku materiału. Być może wpłynęło tak na niego życie w mroźnej Rosji, a może po prostu lubił zimno. Justin nigdy nie odnajdzie poprawnej odpowiedzi bo nie miał zamiaru po raz kolejny wygłupić się beznadziejnym pytaniem.
Siedząc w samochodzie na siedzeniu obok kierowcy pocierał ramiona w celu ogrzania dopóki nie zainteresował się zmianą stacji w radio. Auto pomimo tego, że było nowoczesne wyglądało niczym z filmów lat pięćdziesiątych a Ivan w czarnej skórzanej kurtce z papierosem w dłoni pasował do niego idealnie, przez co Justin nie potrafił wyjść z podziwu.
- Nadal odwiedzasz Rosję? - zapytał poprawiając się na fotelu.
- Mieszkam tam - spojrzał w lusterko. - Tam mam dom.
- Ale teraz jesteś tutaj - oparł głowę o złożone ręce. - Trzymasz samochód u przyjaciela, nie możesz kupić mieszkania?
- Nie wyobrażam sobie żyć w innym kraju - zatrzymał się na czerwonym świetle przykładając papierosa do ust. - Państwo jak państwo ale tylko tam jest dom.
Słowa mężczyzny były proste, ale akcent i emocje włożone w nie sprawiły, że Justin miał ochotę z flagą Stanów Zjednoczonych w dłoniach, stać przed białym domem śpiewając hymn.
Nie minęła chwila gdy Justin zaczął wypytywać go o wszystko, czy na Syberii jest naprawdę zimno? Czy w Rosyjskich szkołach tez uczą grać w futbol amerykański? Jak udało mu się tak dobrze nauczyć angielskiego i dlaczego jego akcent jest taki dziwny? Pytał tez o rodzinę, jak spędzał dzieciństwo, czy widział niedźwiedzie na wolność. Vasiliev odpowiadał na każde pytanie mimo to Justin pewny był, że nie zawsze mówił wszystko, nie mógł jednak oceniać cały czas będąc pod imieniem Tyberiusz.
- A praca? Czym się zajmujesz Ivanie? - chłopiec mówił starając się brzmieć jak mężczyzna.
- Jestem na wakacjach, nie będę mówić o pracy tym bardziej tobie - wjechał na parking należący do rzędu stojących tak samo pomalowanych budynków.
- Tym bardziej mi?
- Dorośli nie rozmawiają o pracy z dziećmi - zatrzymał auto.
- Nadal masz mnie za dziecko? - odpiął pas a z plecaka wyciągnął biała kopertę.
- Sam mi odpowiedz - z opakowania wyciągnął kolejnego papierosa. - Weź płaszcz - kiwnął głową w stronę tylnych siedzeń. - Patrząc na Ciebie jestem pewny, że zamarzniesz w kolejce.
Na twarzy młodego Biebera pojawił się szeroki uśmiech w którym ujrzeć można było ukryte zirytowanie. Ubrał czarny płaszcz sięgając mu do kolanach, był to ten sam płaszcz w którym ujrzał go po raz pierwszy. 
Znikając za drzwiami poczty, ustawił się w długiej kolejce, oparł się o ścianę wyłożoną białymi płytkami. Wsunął dłonie do kieszeni płaszcza i świadomy tego, że nie powinien brać nie swoich rzeczy zaczął przeglądać co się w nich znajduje. Na swoją obronę - robił to z poczuciem winy jak i z nudy.
Nie był zdziwiony kiedy znalazł w nich dwa luzem leżące papierosy i w połowie pusta paczkę zapałek. Papierki po miętowych cukierkach i mały notes z przyczepionym długopisem zapisany znakami których w najmniejszym stopniu nie rozumiał. Nie przeszkadzało mu to by na kolejnych pustych stronach samemu próbować je przepisać.
- Nie wierzę - stanęła przed nim kobieta o blond włosach spiętych w kok. - Stara moda nigdy nie zniknie z ulic - przesunęła dłonią po rękawie płaszcza a Justin schował zeszyt do kieszeni. - Byłam pewna, że nikt już ich nie nosi, a tu niespodzianka - mówiła melodyjnym głosem a chłopak zrobił krok w stronę okienka. - Przepraszam, to praca tak na mnie wpłynęła - próbowała ukryć uśmiech którym zaraziła osiemnastolatka, a gdy zdjęła z dłoni skórzaną rękawiczkę chcąc się przywitać został przywołany przez pracownika poczty.
Udało mu się ją przeprosić na chwile by zacząć adresować kopertę i rozmawiać z młodym ciemnoskórym mężczyzną za szklaną ścianą. Co chwilę kątem oka spoglądał na blondynkę w beżowej kurtce, ubranej w suknie o tym samym kolorze. Stała tam czekając z ustami pomalowanymi mocną czerwoną szminką. Wyglądała na poważną, jednak jej uśmiech sprawiał inne wrażenie.
- Marion - przedstawiała się gdy Justin oddał kopertę. - Amerykanin?
- Akcent nie pasuje do tego otoczenia? - wzruszył ramionami. - Francja?
- Mój brytyjski nie wyszedł zbyt dobrze? - próbowała by jej głos brzmiał smutno.
- Okładka - wskazał na książkę w jej rękach. - Uczyłem się kiedyś francuskiego.
- Powiedz coś - objęła powieść dwoma rękoma.
- Nie tutaj, nie chce się ośmieszyć - pokręcił głową śmiejąc się.
Justin uczył się tego języka gdy jeszcze uczęszczał do szkoły. Nigdy nie szło mu bardzo dobrze ale też nie najgorzej. Przez kilka miesięcy godzinami siedział nad książką tylko dla młodej nauczycielki by jej nie zawieść.
- Możemy gdzieś pójść - spojrzała w stronę drzwi ale Justin patrzył na okno przez które widział Ivana czekającego w samochodzie. - Tylko wyślę list.
- Przepraszam ale muszę się spieszyć, może innym razem?
- Jak się znajdziemy?
- Francuzka i Amerykanin sami w Anglii, poradzimy sobie Marion - przechylił głowę lekko w lewą stronę przyglądając się jej.
- Zdradź mi swoje imię - dziewczyna była rozbawiona jak i podekscytowana jego słowami.
- Thomas - odpowiedział po zastanowieniu. - Do zobaczenia - zawołał za nią wychodząc z budynku z podniesioną głową.
Przed chwilę był innym człowiekiem i teraz znów się zmienił. Czuł się jak Bruce Wayne zamieniający się w Batmana, co było głupim porównaniem przypominając sobie o Rachel i jej synu.
To wszystko było śmieszną zabawą w którą Justin się wciągał i posuwał pionkami.

Frank!
Kazałeś wysłać kartkę a ja zawsze staram się dotrzymywać obietnice. Nawet nie uwierzysz gdzie teraz jestem. Mam nadzieję że kiedyś przyjedziemy tu razem, w końcu to twój dom. Musisz pokazać mi wiele rzeczy. Jeśli spotkasz moją mamę, powiedz jej, że jestem bezpieczny. Nie wiem kiedy wrócę, ale czekaj na mnie.

Justin

* Wiele lat temu krążyły potwierdzone przez nich samych plotki o romansie Jamesa Deana i Brando.

Czwarty rozdział za nami!  Mam nadzieję, że się podoba. Przepraszam za wszelkie błędy. 

sobota, 29 lipca 2017

Rozdział trzeci

Praca na statku wiązała ze sobą dwa plusy, jednym z nich było podróżowanie za darmo. Okręt przemierzał kolejne mile a z każdej z czterech stron świata towarzyszył taki sam widok - woda, hektolitry słonej wody. Justin przepływał ocean pierwszy raz w życiu, pierwszy raz w życiu był też tak daleko domu i choć czasami czuł w sercu niepokój na zewnątrz był spokojny jak fale teraz, nie okazywał strachu, był pewny siebie ale nie arogancki, miły tak by wszyscy go polubili.
Musiał zawierać nowe przyjaźnie by przetrwać dni spędzone na statku wśród obcych, samemu nie dałby rady i doskonale o tym wiedział. Kajutę dzielił z potężnymi, starszymi o wiele lat mężczyznami pracującymi w maszynowni. Ręce do samych ramion, szyję i plecy pokryte mieli tatuażami, Justin domyślił się, że przy ich wykonaniu nie było żadnego eksperta zajmującego się tym zawodowo, ale pomimo tego nie były one tak złe. Przedstawiały one czaszki, dziewczyny, pirackie flagi i być może były one ich marzeniami za czasów dziecka gdy każdy chciał być władca mórz. Dziś jednak czterech dużych facetów spędzało czas jak nie przy pracy tak przy piciu, graniu w pokera i spaniu. Blondyn wiele razy przyglądał im się przy grze i pomimo ich zaprosin odmawiał broniąc się, nie popieraniem hazardu czy nie umiejętnościami w gry karciane. Noce spędzał na górnym łóżku piętrowym uważając by nie spaść, przykryty starym szarym kocem, pod głową miał małą poduszkę owiniętą starannie w jego czerwona bluzę, z nazwiskiem wyszytym od wewnętrznej strony prawego rękawa, na wypadek zgubienia.
Na śniadanie dostawał kubek kawy oraz kromkę chleba posmarowaną dżemem, ten posiłek musiał mu wystarczyć do dwunastej gdy po godzinach szorowania drewnianych podłóg i obieraniu warzyw na posiłki, zasługiwał na pół godzinną przerwę.
Spędzał je na pokładzie, sam z własnej woli nie chciał spędzać czasu w małych zamkniętych pomieszczeniach. Justina przeszywał lęk gdy o nich myślał, co zawdzięczać mógł filmom które oglądał, książką które czytał oraz wiadomością i teorią na temat zatonięcia Titanica w 1912 roku. Bał się, że jeśli przypadkiem spotka ich katastrofa wodna on tam zostanie, zamknięty na kontakt z jakimkolwiek człowiekiem i wodą unoszącą się coraz wyżej. Teraz jednak nie musiał się niczym przejmować, ocean był spokojny, pozbawiony większych fal.

Oparty stał o metalową barierkę sięgająca mu powyżej pasa, jego za duże niebieskie robocze spodnie nosił przyczepione na szelki a ich mokre podwinięte nogawki ukazywały chude zmarznięte kostki. Z kieszeni przeciw deszczowej kurtki wyciągnął pustą kartkę pocztową ze zdjęciem oceanu na jednej stronie, zaraz potem wyciągnął ołówek z ostrym zatemperowanym końcem.
Justin bardzo dobrze wiedział co napisze na kartce dla Franka, wiedział to już chwile po opuszczeniu jego mieszkania. Dzień w dzień powtarzał sobie te słowa by gdy znajdzie nareszcie wolną chwilę ich nie zapomnieć. Bieber wysyłał mu pocztówki zawsze, z wszystkich wycieczek na jakich kiedykolwiek był, tak samo Lee wysyłał mu je zawsze gdy wracał do rodziny, do Anglii.
Pisał kolejne zdania próbując nie popełniać żadnych błędów oraz zająć jak najmniej miejsca.
- Uważaj, nie widzę nigdzie koła które mógłbym Ci rzucić - usłyszał za sobą głos z akcentem który słyszy po raz pierwszy.
- Słucham? - odwrócił się chowając pocztówkę do kieszeni.
- Chciałem Cie ustrzec przed tą nieudolnie umytą podłogą - wskazał na kałuże wody rozlaną tuż przy drewnianym wiaderku pełnym piany. - Nie mogę ochronić cie jednak przed samym sobą - powiedział po dłuższej chwili gdy oczy jego ujrzały naszywkę z napisem "Steven" przyczepioną na rzepy do kurtki, wskazująca na jednego z pracowników statku.
- Miałem to za chwile sprzątnąć - Justin ponownie oparł się o barierkę co chwile patrząc na mężczyznę w rozpiętej skórzanej ciemnej kurtce, pod którą widoczny był jasny sweter.
Próbował przyjrzeć się jego twarzy, pięknej twarzy, nieieskie oczy zwrócone w jego stronę, mała blizna obok prawej brwi, usta na które Justin zwrócił największą uwagę ukryte wśród zarostu nie golonego co najmniej kilkanaście dni, nie przeszkadzała mu ona jednak. Przez ta krótką chwilę nie potrafił wyobrazić sobie już go bez brody.
Mężczyzna z nieznajomym akcentem wyglądał nie na kilka a kilkanaście lat starszego od Biebera.
- Jestem pewny, że posprzątasz, chyba, że celowo pragniesz skręcenia kogoś kostki - stanął obok chłopca a z wewnętrznej kieszeń kurtki wyciągnął dość zgniecioną paczkę papierosów w czerwonym opakowaniu, napisy ostrzegawcze na nim, były wydrukowane alfabetem rosyjskim, stamtąd musiał też on pochodzić. - Palisz? - wyciągnął w jego stronę paczkę, podczas gdy Justin tylko pokręcił głową dziękując, Rosjanin wsuną pomiędzy wargi białego papierosa którego następnie podpalił przy użyciu zapałki.

Po odmowie chłopca żadne z nich nie odezwało się ani słowem, tworząc między nimi długa niezręczną (przynajmniej dla Justina) ciszę. Gdzieś w głębi duszy przeklinał, że nigdy nie ciągnęło go do papierosów, mógł by przynajmniej wymyślić długa historyjkę o tym jak chciał rzucić, było jednak o wiele za późno. Młody Bieber nigdy nie zapalił chociaż większą część jego znajomych robiła to na każdym spotkaniu. Siedział pomiędzy nimi próbując nie udusić się dymem. Frank też palił, Justin pomimo wiedzy jakie jest to dla niego trujące musiał potwierdzić, że Brytyjczyk z papierosem trzymany pomiędzy długimi palcami wyglądał niewyobrażalnie pięknie.
- Lubi pan palić? - odezwał się, i zaledwie kilka sekund później zaczął przeklinać samego siebie za pytanie które zadał, a było ono niczym pytanie "Czy strzelasz do zwierząt?" zadane myśliwemu. Jedyne czego pragnął to zapaść się pod ziemię, skulic pod ścianą i nigdy więcej nie musieć wychodzić.
- Tak, Steven - Rosjanin odwrócił się w jego stronę, na twarzy jego ujrzeć można było rozbawianie. - Lubie palić - mówił powstrzymując śmiech. - Nie umiesz rozmawiać z nieznajomym co?
Justin uważnie przysłuchiwał się jego wymowie, każdą sylabę wyraźnie akcentował.
Oczywiście, że młody Bieber potrafił rozmawiać z obcymi, radził sobie z tym wyjątkowo dobrze do dziś. Jeszcze kilkanaście godzin temu bez problemu uwodził dziewczęta swoim uśmiechem oraz wymyśloną tożsamością ale w tej chwili to nie on rozdawał karty.
- Ivan - wyciągnął dłoń w stronę chłopca.
- Nie jest Pan stąd - blondyn uścisnął jego duża zimna dłoń.
- Rosja.
Wiedział, wiedział, że nie pochodzi z Ameryki, jego wymowa ani trochę nie brzmiała jak typowa amerykańska. Mówił wyraźnie, i spokojnie jakby każde z wypowiadanych słów było dokładnie przemyślane, a sposób w jaki je wypowiadał był ostry. Dla wielu ludzi mógł być nie przyjemny, wręcz straszny ale nie dla Justina, mu się spodobał.
- Tam gdzie niedźwiedzie trzyma się jak psy na smyczy? - odwrócił się w stronę Ivana czekając na jego reakcję.
Nigdy nie był w Rosji, nie miał też do tej pory do czynienia z żadnym mieszkańcem tego kraju ale plotki i legendy krążyły po całym świecie, a takie właśnie istniały o tym wielkim państwie - wieczna zima, alkohol rano zamiast kawy, dzikie zwierzęta chodzące po miastach. Ile w tym wszystkim było prawdy, starał się dowiedzieć.
- Niedźwiedzie na ulicy? - lekko uniósł brwi ze zdziwieniem - mylisz z Kanadą.
- Był pan też w kanadzie? - brązowe oczy zaświeciły, zawsze chciał zwiedzać świat i to był początek jego pierwszej podróży.
- Zapytaj gdzie nie byłem - Rosjanin wygodne oparł się o wilgotną barierkę wpatrując się w przestrzeń przed nimi.
Ivan Vasiliev całe swoje dzieciństwo spędził w tym wielkim kraju, nie mieszkał blisko Moskwy, Petersburgu ani żadnego innego większego miasta. Wychowywał się na wsi u dziadków, gdzie ciepłymi latami pływał w jeziorach, a gdy ziemię przykrywa duża warta lodu trenował grę w hokej. Dom jego był wielki i wielu pokoleniowy, mieszkał z ciotkami, kuzynostwem, cała duża rodziną. Kochał ja i spędzał z nimi każda chwile do ukończenia siedemnastego roku życia.
- Więc lubi Pan podróżować? - zadał kolejne bezsensowne pytanie zastanawiając się czy nie może być już gorzej.
- A ty zadawać głupie pytania mały chłopcze - mężczyzna uważnie przyjrzał się jego twarzy która była blada i zmęczona mimo to zdawała wrażenie wesołej.
- Jeśli te są głupie to jakie są mądre? - Justin założył ramiona na piersi, chowając przy tym dłonie pod pachy w celu ogrzania, odsunął się nieco od krawędzi statku.
- O której kończysz prace?

Justin był przystojnym młodym mężczyzna i na przyjęciach na które chodził nawet kilkanaście dziewczyn wiele razy próbowało go podrywać używając przy tym swojego ciała, umiejętności tanecznych - żadna z nich jednak nie robiła tego wprost. Czasami śmiał się z nich razem Frankiem, siedząc na kanapach przy ścianie.
Dziś miał ochotę płakać ze śmiechu nad samym sobą. Starszy o wiele lat ale piękny Rosjanin z mającym już papierosem pomiędzy wargami pytał się o kiedy będzie wolny, a Justin zdał sobie sprawę ze nikt nigdy nie pytał się o to tak bezpośrednio.
Czuł się dziwnie i jedyne na co miał teraz ochotę to ucieczka. Chociaż nie, był już dorosły dlaczego nie miałby mu odpowiedzieć.
Uniósł wzrok na Ivana chcąc zdradzić odpowiedz gdy usłyszał za sobą kobiecy głos.

- Justin! - odwrócił się, dziewczyna na długich blond włosach związanych w kucyka wolała jego imię. - Przepraszam na chwile - zmieszany powiedział w stronę Ivana, wykonał kilka szybkich kroków w stronę Jessy - co ty tu robisz? - szeroko się uśmiechnął przytulając ja.
- Ja? Miałam cie o to samo zapytać - powiedziała szybko z uśmiechem, całując go w zimne policzki. - Moja starsza siostra wychodzi za mąż, nie mogę tego ominąć - poprawiła mu kołnierz kurtki. - Frank jest z tobą? Nic nie mówił.
- Nie - pokręcił głową - pracuje tu - wskazał na ubranie robocze.
- Hej Steven - przeczytała z naszywki cały czas się uśmiechając.
Jessy była jedną z najbardziej optymistycznych osób które Justin miał okazję spotkać, dzień w dzień była szczęśliwa i zarażała tym wszystkich niczym małe dziecko ospą w szkole. Nawet teraz Bieber pomimo przemoczonej odzieży był wesoły.
- Nie mieli innych, a wole być Stevenem niż Alice - wzruszył ramionami, kątem oka zerkając za siebie - na długo wyjeżdżasz?
- Półtorej tygodnia - otuliła się swoim beżowym płaszczem. - Teraz mam mało zajęć, a zasługuje na przerwę - jedną dłonią przeczesała swoje długie włosy.
Rozmawiali jeszcze kilka minut, o uczelni, o przyszłym mężu siostry Jessy, o tym co będzie robił, dopóki deszcz nie rozkazał im powrotu pod podkład.
Odwrócić się gdy dziewczyna odeszła chcąc wrócić do Ivana, ale Justin ujrzał pustkę. Nie było go już i miał przeczucie, że więcej go nie zobaczy.

Dzień później okręt zatrzymał się w porcie po drugiej stronie oceanu. Bieber spędził godziny na ostatnim szorowaniu podłóg w sypialniach, w kajutach obsługi, na pokładzie, pomagał w sprzątaniu w maszynowni. Asystent kapitana wypłacił mu wypłatę w funtach. Schował pieniądze do wewnętrznej kieszeni kurtki. Stojąc przy wyjściu patrzył na ludzi przedostających się na brzeg. Niektórzy z nich jechali na wycieczki, inni odwiedzali bliskich, jednak większość wracała do domu. W tej chwili Justin był najdalej domu niż kiedykolwiek. Pierwszy raz w życiu był też na innym kontynencie. Sam. Wokół siebie widział pełno twarzy, każda zaś była nie znajoma.
Europe znał tylko z opowiadań Franka, a on bardzo rzadko o niej mówił.
- Nadal nie poznałem twojej odpowiedzi mały chłopcze - mężczyzna z jedną ręką w kieszeni płaszcza stanął obok niego. - Teraz nie będzie ona już ważna, wiec mam nowe pytanie. - Trzymał w dłoni czarną walizkę, podczas gdy Justin przerzucony miał przez ramię zielony marynarski worek. - spieszysz się?
- Nie zupełnie - Justin pokręcił głową, zapinając kurtkę pod samą szyję.
- Zabieram Cię zatem na drinka - Ivan zerknął na Biebera który mimo wszystko patrzył przed siebie. Osiemnastolatek nie miał innego wyboru, w tym momencie Rosjanin był jego jedynym kołem ratunkowym. Chociaż znał go tylko dzień, było to lepsze niż samotność.
- Powinienem znać twe imię, Steven, Justin? - zapytał idąc wzdłuż chodnika wyłożonego szarą kostką. - Czy żadne z nich?
- Prawdziwe? - szedł za nim próbując wykonując długie kroki.
- niekoniecznie - pokręcił głową z rozbawieniem - muszę jakoś do Ciebie mówić. - Ivan obejrzał się za nim z uśmiechem.
- Tyberiusz - wzruszył ramionami mówiąc po chwili zastanowienia.
- Tyberiusz - Visiliev powtórzył a imię to w jego ustach brzmiało zupełnie inaczej niż z ust chłopca. Wyraźnie zaakceptował środkowa literę. - Tyberiusz, mało amerykańskie imię.
- Aktualnie nie czuje się zbytnio Amerykaninem - uniósł wzrok na Rosjanina którego rozbawienie rosło z każdą chwilą.
Szli długimi ulicami ponad półtorej kilometra. Rozmawiali o wszystkim, a właściwie Justin mówił, a Ivan słuchał. Przez całą drogę opowiadał mu o tym jak postanowił wyjechać z domu, żyć na własną rękę, robić to na co ma ochotę. Szukać dorywczych prac które może rzucić z dnia na dzień. Opowiedział mu też o tym, że jest pierwszy raz w innym kraju, nie zna nikogo i nie wie gdzie ma szukać tanich moteli, Ivan zaś podziwiał go za to słuchając i nie przerywając.
Weszli do baru na rogu ulicy, z czerwonym szyldem nad oknem. Pomieszczenie nie było pełne ale też nie było puste. Grupka znajomych siedziała przy okrągłym stoliku przy oknie pijąc piwo, młoda para w kącie jedząc danie dnia z jednego talerza. Przy barze siedziała dwójka ludzi ale daleko od siebie, każdy z nich przyszedł osobno. Barman nalewał im whiskey do szklanek za każdym razem gdy ja opróżniali. Justin i Ivan zajęli boks przy ścianie, gdzie światło dochodzące z odsłoniętych okien oświetlało wyłącznie fragment stolika, wisząca nad nimi żarówka świecąca na żółto wcale nie pomagała. Nowojorczyk uważnie rozglądał się po pomieszczeniu gdy starszy mężczyzna podszedł do baru.
Justin nie wierzył, że znajduje się tak daleko domu, zawsze był tylko kilka ulic dalej. Nie dziś. Dziś by wrócić do domu musiał by przepłynąć ocean, a nigdy nie potrafił pływać.
- Mam nadzieje, że będzie Ci smakować - Ivan zasiadł na kanapie a kelner postawił przed Justinem talerz pełen zupy. Bieber zerkał raz na miskę a potem ponownie na Rosjanina, a wzrok jego był pytający. - Naprawdę myślisz, że kupił bym Ci alkohol? - mężczyzna uniósł zdziwiony brwi - picie w Ameryce zakazane jest do dwudziestego pierwszego roku, a patrząc na Ciebie zastanawiam się czy masz ukończone osiemnaście.
- Jestem dorosły - założył ręce na klatce piersiowej.
- Pokaż, że jesteś dorosły i doceń być może twój pierwszy ciepły posiłek od kilku dni - wziął łyk czarnej nie słodzonej kawy z białej filiżanki. Odrobina napoju została na wąsie tuż nad górna warga, on zaraz wytarł to dłonią.
- Nic o mnie nie wiesz - odpowiedział od razu po słowach Rosjanina, oparty o ściankę boksu lekceważącym wzrokiem patrzył na mężczyznę, w środku zaś był przerażony.
- Próbuje się dowiedzieć - mówił tak samo szybko jak Justin, trzymając obiema dłońmi porcelanowe gorące naczynie, podnosząc je zostawił na blacie mokry okrąg. Rękawy niebieskiej wyprasowanej koszuli podwinięte miał do łokci, a ona sama nie była zapiętą pod samą szyję. Nie wyglądał on na faceta chodzącego w czarnych garniturach, codziennie w białych koszulach i krawacie do tego.
- Mam zarezerwowany pokój w hotelu niedaleko - odezwał się po chwili gdzie Justin zdążył zjeść połowę dania i opowiedzieć o tym jak nienawidzi zup grzybowych i wszystkiego co z grzybami związane. - Możesz spędzić tam noc.
- Nie jestem kurwą - upuścił łyżkę na stolik, a kilku z klientów spojrzało się w ich stronę - jeśli chcesz chłopca na noc szukaj gdzieś indziej , poza tym to nie twój interes gdzie będę w nocy - wstał, próbując ubrać kurtkę. - Chryste co ja myślałem - śmiał się mówiąc do siebie.
- Oczywiście, że nie jesteś - odłożył kubek na stół i spokojnie kontynuował - jesteś jednak dzieciakiem w obcym kraju z ostatnimi pieniędzmi przy sobie - z portfela wyłożył kilka funtów i położył je na stoliku. - wiec albo sdzisz tę noc na kanapie w moim pokoju albo nią zostaniesz.

Zdążył jedynie powiedzieć krótkie przepraszam wychodząc z baru. Czy będąc daleko od domu skazany jest na mówienie samych głupich rzeczy, chociaż był to też błąd Ivana mógł prawidłowo wyjaśnić intencję kierowane do niego.
Przez resztę drogi nie odezwali się od siebie ani słowem, Justin czuł się beznadziejnie a Ivan próbował kryć rozbawienie spowodowane zachowaniem chłopca.
Hotel w którym się znajdowali był ogromny, a wnętrze jego było precyzyjnie obmyślone - nie był tani. Rosjanin zapłaci w recepcji bardzo wielką sumę pieniędzy. Justin wiedział, że nigdy nie miał i możne nie będzie miał tylu banknotów w rękach.
- Tam jest telefon - Vasiliev kiwnął głową w stronę stolika. - Jeśli chciał byś do kogoś zadzwonić - poszedł w stronę drzwi prowadzący do sypialni - mam nadzieje ze nigdzie nie uciekniesz - zamknął drzwi po swoim wejściu.
Justin zrzucił z pleców worek na podłogę obok brązowej kanapy i wziął do ręki słuchawkę telefonu. Wydusił numer który znał na pamięć bardzo dobrze, nie był to jednak ciąg cyfr do jego matki.
- Słucham?
- Frank? - osiemnastolatek kucnął przy szafce z słuchawka przy uchu.
- Justin? Gdzie jesteś? - usłyszał głos przyjaciela - chciałem się z tobą jakoś skontaktować ale nie wiedziałem jak. Tam gdzie teraz jesteś, jesteś bezpieczny?
- Tak Frank - uśmiechnął się.
- Rachel dzwoniła - powiedział – mówiła o powrocie do teksasu. Myślała, że jesteś w domu ale obiecałem, że oddzwonisz.
- Zadzwonię kiedy wrócę.
- Kiedy wrócisz?

- Nie wiem kiedy Frank - przetarł dłonią zmęczone oczy - ale wrócę na pewno.

~
Mamy rozdział, i nareszcie pojawiła się moja ulubiona postać - Ivan!!! Dostałam sporo "miłych" wiadomości na temat wyboru aktora będący Ivanem, powinno być mi przykro ale ciesze się z faktu, że ma tyle fanów na twitterze!  Mam nadzieje, że wam się podoba, liczę na opinię. 

Przepraszam za błędy.